Visualizzazione post con etichetta Agnieszka Zakrzewicz. Mostra tutti i post
Visualizzazione post con etichetta Agnieszka Zakrzewicz. Mostra tutti i post

venerdì 18 aprile 2014

Czy Stwórca powinien się leczyć? - o sztuce "Boże mój!"


Czy Bóg istnieje i jaka jest jego prawdziwa natura? Dlaczego stworzył człowieka? Skoro człowiek powstał na obraz i podobieństwo Boga, to czy Bóg jest ludzki? I w końcu: ile i co Bóg może naprawdę?
To tylko niektóre z pytań nasuwających się po obejrzeniu sztuki "Boże mój!" izraelskiej dramaturg Anat Gov. Sztuki, którą warto zobaczyć, gdyż zmusza do głębokiej, ponadczasowej refleksji nad istnieniem Boga, jego istotą i jego stosunkiem do człowieka oraz nad człowieczeństwem i ludzką relacją z Bogiem.

"Boże mój!" to przedostatnie dzieło Anat Gov, zmarłej na raka w 9 grudnia 2012 roku, po pięcioletnich zmaganiach z chorobą, która współpracowała z Teatrem Cameri - jednym z największych i najważniejszych w Tel Avivie. W ciągu ostatnich trzech lat jej sztuka została przetłumaczone już na kilka języków i pokazana w różnych krajach.
Ja miałam okazję obejrzeć ją na scenie Teatru Jaracza w Łodzi, w reżyserii Jacka Orłowskiego i w świetnej obsadzie Bronisława Wrocławskiego, Mileny Lisieckiej oraz Marcina Łuczaka. Jest to pierwsza polska inscenizacja dzieła Gov, przetłumaczonego przez Agnieszkę Olek.

Okrucieństwo i miłosierdzie

Tragikomedia autorstwa Gov - bo tak należy nazwać jej świetny tekst, który potrafi wzbudzić śmiech i wywołać łzy - to historia bardzo prosta.
Pewnego dnia do Elli - psychoterapeutki pracującej z dziećmi trudnymi - dzwoni dość ekscentryczny pacjent, chcący umówić się na 50 minutową terapię. Tajemniczy facet każe nazywać się B... To tajny agent, szef wywiadu, który śledzi kobietę? - nie ma innej możliwości, skoro on wszystko o niej wie.

Ella, której rolę w Teatrze Jaracza z niezwykłą empatią i mistrzostwem odgrywa Milena Lisiecka, to samotna matka wychowująca autystyczne dziecko. Jej już prawie dorosły syn nazywa się Lior i nigdy nie wypowiedział jednego słowa. Kobieta nie traci jednak nadziei, że kiedyś zacznie mówić. Mąż zostawił ją i odszedł do młodszej, atrakcyjniejszej kobiety, by mieć z nią zdrowe dzieci.

Ella praktycznie nie ma już marzeń - chciałaby tylko, aby spadł deszcz i pozwolił przetrwać roślinom w jej zadbanym ogrodzie. Jest ateistką. To znaczy - nie wierzy w istnienie Boga, gdyż życie okazało się dla niej zbyt okrutne, aby dopuścić myśl, że jest gdzieś miłosierny i sprawiedliwy Stwórca. A jednak czasami rozmawia z nim odgrażając mu się. I z tego właśnie powodu pan B... wybiera ją, chcąc porozmawiać o swoich boskich problemach, ponieważ to on jest Bogiem...

Aby ukazać prawdziwe oblicze Boga - Bronisław Wrocławski wybrał stylizację na Roberta de Niro z "Nietykalnych", przywdziewając jasny prochowiec i kapelusz. To gangsetr i celebryta w jednej osobie, który nigdy nie zaznał poczucia niższości, nie odczuwa współczucia, nie znosi sprzeciwu, szybko wpada w gniew i przede wszystkim nie rozumie człowieka, którego sam stworzył. Zrobił to z nudów, z potrzeby posiadania przyjaciela, a może przede wszystkim ogrodnika, który podlewałby jego wspaniały rajski ogród? Człowiek-mężczyzna zawiódł go jednak, gdyż bardziej interesował się kobietą, którą Bóg dał mu dla zabawy. Dlatego wypędził go z Raju.

Cała sztuka Anat Gov opiera się na błyskotliwym dialogu pomiędzy dwiema głównymi postaciami - Ellą i Bogiem, doprowadzającym widza niejednokrotnie do głośnego śmiechu, ale i do niemej goryczy. I zagrać taką sztukę nie jest łatwo - Lisiecka i Wrocławski są godnymi siebie partnerami, potrafiącymi utrzymać widza w napięciu przez ponad półtorej godziny.

Silnym kontrapunktem, będącym jednocześnie koniecznym dopełnieniem ich sporów jest milczący, zamknięty w drugim pokoju Lior, którego przekonywująco zagrał Marcin Łuczak. Nieobecne autystyczne dziecko to kara boska i jednocześnie boski wyrzut sumienia. Zrozpaczona Ella w swoje 34 urodziny próbowała odkręcić gaz i zabić siebie wraz z synem, ale miłość do niego powstrzymała ją.

Dlaczego Bóg jest taki nieludzki?

Kiedy Bóg rozsiada się wreszcie na kozetce psychoterapeutki, wyznaje że ma depresję i wpędziło go w nią ciągłe wsłuchiwanie się w problemy innych, w ich prośby i lamenty. "Jak trwoga to do Boga" - tylko w tych okolicznościach ludzkość ucieka się do swego Stwórcy. A od 7 miliardów skarżących się - rzeczywiście może spuchnąć głowa. W chwilach radości czy spokoju nikt o nim nie myśli. Nikt nie interesuje się nim bezinteresownie. 

Bóg wpadł już w taką apatię, że chciałby wreszcie umrzeć. Nie może jednak zrobić tego - bo dotąd, dokąd będzie żył na ziemi choć jeden człowiek, który wierzy w niego - Pan B... będzie istnieć. Jeśli więc Ella mu nie pomoże będzie zmuszony dokonać kolejnego potopu (tym razem bardziej udoskonalonego) i zgładzić całą ludzkość.

Psychoterapeutka zarzuca mu bezwzględność i okrucieństwo, pokazując jak bawi się ludzkim losem, a zwłaszcza Narodem Wybranym - "400 lat niewolnictwa, 40 lat na pustyni bez łazienki, 2 tys. lat wygnania, święta inkwizycja i Treblinka". Wystawia na próby tych wiernych, którzy go naprawdę bezgranicznie miłowali - od Adama i Ewy oraz ich synów Kaina i Abela po Hioba, którego życie stało się przedmiotem zakładu między Bogiem a Szatanem - będącym w rzeczywistości wysłannikiem bożym.

Dlaczego Bóg pozwala by na ziemi istniało tyle zła? Dlaczego dopuszcza by cierpieli niewinni i sprawiedliwi? I to właśnie ich wystawia na próbę? Dlaczego Miłosierny karze ludzkość, a przede wszystkim swoich wybranych i umiłowanych?

Jako psychoterapeutka Ella odkrywa odpowiedź na to pytanie. Bóg nie potrafi opanować swoich wybuchów gniewu. W stosunku do ludzi zachowuje się jak "bijący mąż". Ludzkość go drażni, więc on w końcu wybucha, stosując przemoc psychiczną, fizyczną i dopuszczając do jej eskalacji. Potem następuje "miesiąc miodowy" - czyli faza przebaczenia i troski. Człowiek - jak ofiara przemocy domowej - próbuje przebłagać Boga i go udobruchać poprzez modlitwy i ofiary, a przede wszystkim usprawiedliwić jego zachowanie, przyjmując całą winę na siebie i obwiniając się za grzechy.

Kiedy psychoterapeutka odsłania ten prosty psychologiczny mechanizm, Pan B. siedzący na kozetce przyznaje się, że po tym, jak ukarał Hioba zabijając jego dzieci i zarażając go trądem, coś mu się stało. Stracił swoją moc i od tamtego czasu nie czyni już cudów - ani tych złych, ani dobrych.

Jak to? A wojny i plagi? A Holocaust i Hiroszima? A całe to zło, które w postać chorób, głodu, biedy, nienawiści rasowej, ksenofobii i wszelkich innych fobii nęka ludzkość od ponad dwóch tysięcy lat? Kto za to odpowiada?
Człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga wszystkiego się od niego nauczył...

Kto kogo stworzył i na czyje podobieństwo?

Czy w każdym człowieku można dostrzec Boga? Jakiego Boga? - skoro ludzkość od swego zarania żyje na krawędzi dobra i zła, być może zbyt często wpadając w czarną otchłań. I jeżeli człowiek został stworzony na podobieństwo Boga to czy Bóg jest choć trochę ludzki? - te pytania nasuwają się po obejrzeniu sztuki Anat Gov.

Pisarka jest znana jako izraelska działaczka lewicowa, osoba bez wątpienia wątpiąca, racjonalna i niejednokrotnie podważająca istnienie Boga w swoich dziełach. Żydzi nie wierzą w Chrystusa jako bożego syna i Mesjasza, niektórzy powątpiewają też, iż rzeczywiście był on postacią historyczną. Nic więc dziwnego, że w sztuce "Boże mój!" brakuje tej ważnej refleksji nad tym największym gestem Miłosiernego Stwórcy, w który wierzą chrześcijanie: posłanie swego syna by zbawił ludzkość poprzez okrutną śmierć na krzyżu. "Boże mój czemuś mnie opuścił...?" - to ostatnie słowa umierającego Jezusa, którego Ojciec wystawił na tak nieludzką próbę w Wielki Piątek.

A jednak Anat Gov potrafi pokazać nam człowieczeństwo Najwyższego. Pięćdziesięciominutowa terapia u psycholożki Elli pomaga Panu B. zmienić swoją postawę i motywacje działania, poczuć większą empatię do ludzi, współczucie i litość, podnieść poziom samokontroli nad gniewem, poradzić sobie z lękiem przed samotnością i stresem wynikającym z wysłuchiwania miliardów próśb.
Niedojrzały emocjonalnie Bóg poprawia swoją uczuciową więź z człowiekiem i zamiast zachowywać się jak "bijący mąż", staje się wreszcie ludzki i czyni cud: deszcz spada na wyschniętą ziemię, a Lior wypowiada pierwsze słowa.

Dla niewierzącej katoliczki, jaką jestem ja - widząc, że urodziłam się i wychowałam w kulturowym kręgu tej religii - sztuka napisana przez niewierzącą żydówkę, jest silnym bodźcem do refleksji, nad tym czy to przypadkiem nie człowiek stworzył Boga na swój obraz i podobieństwo. "Boże mój!" ma jednak tyle odcieni, że pozwala na wiele różnych rozmyślań zarówno niewierzącym, jak i wierzącym, a przede wszystkim wątpiącym i poszukującym.

Dobrze, że to dzieło Gov zostało przetłumaczone na język polski i w niecałe trzy lata od jego powstania wystawione na scenie kameralnej łódzkiego Teatru Jaracza. Warto pójść zobaczyć "Boże mój!" w tej świetnej reżyserii i obsadzie aktorskiej. Jest tylko jeden problem - od marcowej premiery sztuka cieszy się takim powodzeniem, że zostały wysprzedane już wszystkie bilety.
To świadczy chyba najlepiej o jej wielkiej aktualności i zapotrzebowaniu polskiego społeczeństwa na refleksję nad człowieczeństwem i ludzką relacją z Bogiem.

Agnieszka Zakrzewicz, Rzym, kwiecień 2014





 




Boże mój!

reżyseria i opracowanie muzyczne - Jacek Orłowski
przekład - Agnieszka Olek
asystent reżysera, inspicjent, sufler - Ewa Wielgosińska
reżyseria światła - Szymon Lenkowski
scenografia - Izabela Stronias

Obsada:
Bóg - Bronisław Wrocławski
Ella - Milena Lisiecka
Lior - Marcin Łuczak

sabato 1 febbraio 2014

Mój brat muzułmanin vs Mój brat żyd czyli MÓJ BRAT CZŁOWIEK (refleksje spod palmy)

Drogi Antoni, w zasadzie przypadek spowodował, że przystanęliśmy wspólnie na pewnym rozstaju dróg naszego życia, którymi podążamy nieustannie, w różnym czasie i różnych kierunkach, często podróżując do tych samych miejsc, z tą samą książką w ręku, ale nigdy nie idąc tym samym śladem. Ten sam przypadek sprawił, że od niedawna wymieniamy się czasami prywatnie (na Facebooku i mailowo) naszymi myślami i spostrzeżeniami - Ty w swoich Zapiskach spod Puszczy, ja we fragmentach tekstów, nad którymi właśnie pracuję.

T
a nasza komunikacja pokazuje, że media społecznościowe - wbrew niektórym badaniom - potrafią naprawdę zbliżyć ludzi, a nie tylko dawać im złudzenie pozornej wspólnoty podczas chwil samotności przed komputerem. A jednak - ja przed moją Osią czasu i Ty przed swoją, kiedy przed naszymi oczami przesuwają się zdjęcia i komunikaty, czasami wysyłane w pustkę, które odsłaniają nasze myśli i poglądy - zdajemy sobie doskonale sprawę, jak bardzo różnimy się od siebie, jaki dystans nas dzieli w postrzeganiu świata i podejściu do zagadnień natury filozoficznej, politycznej, religijnej czy egzystencjalnej.       

W
iemy dobrze, że ja i Ty  - jeżeli chodzi o nasze opinie - stoimy często na dwóch przeciwnych brzegach rzeki. To jednak nie przeszkadza nam popatrzeć z różnej perspektywy na ten sam pień drzewa, który płynie z prądem. Ta chęć i próba spojrzenia przez chwilę w tym samym kierunku budzi nasz obopólny szacunek do siebie, pozwala nam otworzyć szerzej oczy i uszy.

Kiedy przysłałeś mi tuż przed świętami Bożego Narodzenia tekst napisany w ciszy Twojej puszczy "Mój brat muzułmanin", pytając czy go rozumiem? - ja byłam na Półwyspie Synaj i czytałam go siedząc pod palmą. Odpowiedziałam Ci wtedy, że skomentuję go po powrocie. Zbieg okoliczności sprawił, że tego samego dnia, tą samą drogą, otrzymałam inny tekst do przeczytania - "Próby świadectwa" Andrzeja Koraszewskiego zamieszczony na jego nowym blogu Listy z naszego sadu.
   
Jestem Ci wdzięczna za te rozważania, które skierowałeś także do mnie, gdyż w tym swoim krótkim tekście zawarłeś wiele przemyśleń i wątpliwości, jakie noszę w sobie od dawna i które powinnam w końcu sprecyzować i wyrazić. Dlatego właśnie zdecydowałam się odpowiedzieć Ci w formie listu otwartego - skierowanego nie tylko do Ciebie, ale także do Andrzeja Koraszewskiego i do moich Czytelników. Bez wątpienia te moje refleksje spod egipskiej palmy, po przeczytaniu "Zapisków spod Puszczy" i "Listów z naszego sadu" - to także próba świadectwa. Ta otwarta i publiczna forma epistolarna, z wielu powodów, wydała mi się najbardziej trafna.

O listach

Tak się właśnie składa, że "Listy przeciwko wojnie" Tiziano Terzaniego, które Ty cytujesz w swoich zapiskach "Mój brat muzułmanin", przeczytałam na łamach Corriere della Sera w 2001 roku, zaraz po ataku terrorystycznym na WTC i w odpowiedzi na tekst Oriany Fallaci "Wściekłość i duma" opublikowany pod koniec września tamtego roku w tej samej włoskiej gazecie.

Przez ostatnich kilka miesięcy wydanie włoskie książki Terzaniego woziłam ze sobą w walizce z Rzymu do Łodzi i z powrotem, a potem nawet do Tajlandii - gdyż tkwił we mnie zalążek pewnego projektu literackiego pod roboczym tytułem "Rozmowy o pokoju i wojnie", jednakże mało sprecyzowany i być może zbyt jeszcze odległy. Już wtedy rodziła się we mnie idea, aby kontynuować dalej moje wywiady zebrane w dwóch tomach opublikowanych w 2013 roku "Głosy spoza chóru" i "Watykański labirynt", podejmując jednak tym razem inny ważny i trudny temat. Może uda mi się to zrealizować, a może nie... Jestem jednak przekonana, że misją mojej dziennikarskiej pracy jest spotykać ludzi i rozmawiać z nimi, by dać głos tym, którzy głosu nie mają.

Moje myślenie o "Rozmowach o pokoju i wojnie" też zaczęło się od wymiany krótkiej korespondencji - w tym wypadku z Angelą Staude Terzani, żoną Tiziana, która w 2007 roku zechciała przekazać mi swoje świadectwo dotyczące relacji jej męża z Ryszardem Kapuścińskim. Od kilku tygodni myślę o tym, że powinnam do niej znowu zadzwonić lub napisać, by tym razem porozmawiać właśnie o "Listach przeciwko wojnie", a w szczególności o tym jednym, który jest dla mnie bardzo ważny i dziś znów aktualny: "Sułtan i święty Franciszek". Może wreszcie zmobilizuję się do tego, właśnie dzięki tym refleksjom spod palmy...
   
Cały ten list Terzaniego zasługuje na baczne przeczytanie. Kto zechce, sięgnie sam po jego książkę.
   
Chcę zacytować tu natomiast to, co Kapuściński powiedział o Fallaci i Terzanim na swojej ostatniej konferencji w Rzymie, cztery miesiące przed swoją śmiercią:

"W dziennikarstwie włoskim istniały dwie szkoły myślenia. Obie z tych osób, o których powiem - znałem - i w stosunku do tych osób wiem, co chciały powiedzieć przez swoją działalność. Pierwsza to wielka dziennikarka włoska - Oriana Fallaci, którą poznałem jeszcze w Teheranie, w 1979 roku. Drugi to wielki dziennikarz włoski Tiziano Terzani, który był wtedy korespondentem Der Spiegel w Deli. Było mnóstwo podobieństw biograficznych pomiędzy tymi dwiema osobami. Obie pochodziły z Florencji, obie zajmowały się problemami międzynarodowymi, obie bardzo ciężko zniosły tę samą chorobę śmiertelną - i obie umarły we Florencji mniej więcej w tym samym czasie, wróciwszy po wielu latach nieobecności we Włoszech na swoją ziemię rodzinną. Każde z nich reprezentowało inne sposoby myślenia. Ten świat wielokulturowy Orianę Fallaci przerażał. Nie wiedziała jak się odnaleźć w tym świecie, który znała przecież już wcześniej, ponieważ dla niej jedynym wyjściem z tego wszystkiego było rozdzielić. Tiziano Terzani był odwrotnego zdania. Uważał, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zbliżyć się, próbować się porozumieć. Oboje ci dziennikarze włoscy reprezentują ten dylemat, który stoi przed nami wszystkimi - rozdzielić się, czy szukać porozumienia? To właśnie posłanie zostawili nam na XXI wiek. My musimy poprzez nasze doświadczenie, naszą praktykę szukać rozwiązania."

W swoich Zapiskach "Mój brat muzułmanin" piszesz Antoni o języku głupoty i nienawiści, który coraz częściej przejawia się w polskich mediach i w Internecie utrudniając zrozumienie i porozumienie pomiędzy nami a nimi. Wspominasz o głupich dziennikarzach, którzy w paśmie porannym RMF FM Dwójka opowiadają sobie dowcipy o strojeniu choinki i jeden z nich brzmi: „Można ubrać choinkę po islamsku, w bombki”.
   
Piszesz: "Zapytam cię, czy wiesz, że to muzułmańscy uczeni przyswoili dla Zachodu osiągnięcia matematyki indyjskiej, a przede wszystkim dziesiętny system zapisu liczb zwanych dziś na ich cześć, arabskimi? Odpowiesz zapewne - tak może było w przeszłości ale dzisiaj - po ataku na nowojorskie WTC w 2001 - trzeba postrzegać muzułmanów jak 'ciemnogród' dążący do zniszczenia naszej cywilizacji. Muzułmanie to terroryści, którzy nam zagrażają i jest ich w Europie coraz więcej - dodasz. Odpowiem ci na to, że dla nich, my ludzie Zachodu, jesteśmy przedstawicielami cywilizacji śmierci, opartej na materializmie, wyzysku i braku zrozumienia dla uniwersalnych wartości islamu."

Cytując Cię, przyznam, że to odważne słowa jak na Europejczyka i Polaka, zwłaszcza dzisiaj, gdy w naszym kraju szerzy się coraz głębsza islamofobia.

Dodam również, że ja Cię rozumiem, bo od kilku tygodni też rozmyślam nad językiem nienawiści i głupoty oraz metodami wyrafinowanej propagandy przenikającej także do naszego społeczeństwa i z premedytacją odsuwającej nas od nich.
   
W ten sposób - Ty i ja, my oboje, którzy przemierzając świat w różnych kierunkach, przez przypadek zatrzymaliśmy się na chwilę na tym samym rozdrożu przed Złotym Meczetem w Stambule - zasłużymy sobie teraz na miano antysemickich lewaków lub co najmniej "zwolenników salonowego lekko w antysyjonizm udrapowanego antysemityzmu", albo "wspólników kolaboracjonistów Warda Churchilla, Noama Chomskiego, Louisa Farrakhana i Michaela Moore'a - zdrajców, którzy sprzedają wrogowi chrześcijańsko-ateistyczny Zachód, chcąc go zmienić w Eurabię" (używając słów Oriany Fallaci, którą zawsze ceniłam za przepiękną retorykę), a może nawet cichych zwolenników Normana Finkelsteina i jego "Przedsiębiorstwa Holokaust".
   
Tak, Mój Drogi Antoni, dziś jest bardzo niewygodne, niebezpieczne i przede wszystkim politycznie niepoprawne pisać, że chce się poznać muzułmanów i islam, i spróbować ich zrozumieć, bo można się nabawić brzydkich etykietek.

*

Witaj, Andrzeju, przez wiele lat staliśmy razem na tym samym brzegu rzeki, nie tylko patrząc na pień płynący z prądem, ale i próbując wejść do zimnej wody by go zawrócić. Wiesz, że zawsze darzyłam Cię olbrzymim szacunkiem, wymieniając także w prywatnej korespondencji miłe słowa. Dlatego, gdy przeczytałam kilka Twoich postów (nie tylko na Racjonaliście), skierowanych do pewnej, dobrze nam znanej osoby, która dziś na łamach "Sofijonu" gości te moje refleksje spod palmy, byłam w szoku: jak starszy dżentelmen może pisać takie rzeczy, zwłaszcza do kobiety? No cóż, klasa to nie woda...

Celem mojego listu do Ciebie nie jest jednak lekcja dobrych manier, lecz jak wiesz - sprawa znacznie poważniejsza. Chodzi oczywiście o MEMRI, Middle East Media Research Institute.

W Polsce działalność MEMRI nie jest jeszcze dobrze znana i w zasadzie dopiero teraz wokół całej sprawy zrobiła się burza. Przez lata - jak sami to ujawniliście z Twoją żoną Małgorzatą - ponad tysiąc tłumaczeń materiałów wychodzących z MEMRI i przez tę agencję przygotowanych zostało opublikowanych na Racjonaliście i nikt nie uprzedził osób dobrowolnie współpracujących z tym portalem, że istnieje jakakolwiek forma współpracy czy zależności pomiędzy największą polską platformą Wolnej Myśli a Instytutem założonym przez Yigala Carmona.

Nie chcę tu powoływać się na "Norman Finkelstein Exposes" używając argumentu o "maszynie propagandy", czy roztrząsać pogłosek o "propagandowej tubie Mossadu", których osobiście nie udało mi się sprawdzić. Przez kilka miesięcy jednak moja skrzynka mailowa była spamowana przez komunikaty MEMRI w wersji włoskojęzycznej, więc wyrobiłam sobie zdanie o jakości informacji produkowanych przez tę agencję. Rozmawiałam też z kilkoma moimi kolegami z mediów zagranicznych: izraelskich, brytyjskich, amerykańskich i arabskich i nikt o działalności Middle East Media Research Institute nie wyraża się pochlebnie.

Ten mój krótki wywód podsumuję anegdotką, którą Carmon sam chętnie opowiada, o tym, jak pewnego dnia zapytał starszego, zaprzyjaźnionego dziennikarza, dlaczego on krytykuje jego pracę, skoro MEMRI ujawnia tylko prawdę? "Nie ma czegoś takiego jak prawda. Każdy news musi być oceniany przez pryzmat tego, komu i czemu służy. A wy służycie wrogom pokoju..." - odpowiedział mu tamten. "A ty uważasz się za tego jedynego, bezstronnego dziennikarza?" - zapytał pułkownik izraelskiego wywiadu. "Jeśli chcesz udawać naiwnego, to rób to proszę, ale nie wobec mnie. Sam wiesz najlepiej, że mówię prawdę." - odpowiedział dziennikarz. "Wiem, bo nie ma czegoś takiego jak prawda" - skwitował Carmon.

C
hoć myślę, że sprawa współpracy pomiędzy MEMRI i Racjonalistą powinna być do końca wyjaśniona, dobrze, że wraz z Małgorzatą założyliście Wasz nowy portal "Listy z naszego sadu" i macie na to fundusze. Nie sądzę, że będę jego stałą czytelniczką, ale od czasu do czasu będę tam zaglądać.

J
ako osoba, która również publikowała na Racjonaliście i włożyła swoją małą cegiełkę w budowanie PSR-u, mam nadzieję, że drogi MEMRI i najważniejszego polskiego portalu Wolnej Myśli, który deklaruje kontynuowanie myśli Tadeusza Kotarbińskiego, już się na dobre rozeszły. Uważam to za uczciwe w stosunku do jego czytelników oraz ludzi, którzy pozostawili tam i nadal pozostawiają swoje teksty.

Braterstwo

W
Twoim tekście "Próby świadectwa", zamieszczonym na nowym blogu "Listy z naszego sadu", który mi przysłałeś do przeczytania tuż przed świętami, piszesz o braterstwie, używając pięknych słów Jana Strzeleckiego:

„Myśmy wiedzieli, czym jest braterstwo. Braterstwo oznacza utożsamianie się z kimś drugim, nieoddzielanie jego losu od swojego; więcej nawet - widzenie jego niebezpieczeństwa wyraźniej niż swojego, doznanie, że jego śmierć jest trudniejsza do przeżycia niż własna. Braterstwo jest łatwością przekraczania tych granic, które filozofowie głoszący samotność człowieka uznają za nieprzekraczalną linię, za którą jest już tylko milczenie lub powrót własnego głosu.”


Choć w sprawie MEMRI stoimy dziś na dwóch przeciwnych brzegach rzeki - myślę, że uda nam się jeszcze nie raz spojrzeć na pnie płynące z jej nurtem, z różnej perspektywy, a nawet próbować je zawrócić.

Ja - tak jak i Ty - uważam, że żyjemy dziś w trudnych czasach, które coraz bardziej przypominają lata trzydzieste ubiegłego wieku. Używając doskonałej przenośni Iana McEwana - myślę, że już od lat po Europie i po świecie krążą "czarne psy". Czujne dobermany Zła czyhają na okazję, aby znowu rzucić się na ludzkość.

"Gdy zaistnieją odpowiednie warunki, w różnych krajach, w różnym czasie następuje wybuch straszliwego okrucieństwa, występnej wrogości wobec życia, a wszyscy są zaskoczeni ogromem swojej nienawiści. Potem ta nienawiść chowa się i czeka.”
- June tłumaczyła Jeremiemu, który zrozumiał podczas swojej podróży do Polski i wizyty na Majdanku, że te zwierzęta były wytworami upodlonej wyobraźni, symbolem zdeprawowanego ducha, których nie mogły usprawiedliwić ani wyjaśnić żadne teorie społeczne. - "Zło, o którym mówię, tkwi w każdym z nas."

Od kiedy przeczytałam książkę McEwana, wiele lat przed jej ukazaniem się w Polsce, wierzę w "czarne psy", ale także wyróżniam "czerwone wilki" i "brudne hieny".
   
Również ja - tak jak i Ty - dostrzegam z niepokojem, że nasienie nazizmu tkwi w radykalnym islamie, nie znoszę wszelkiego fanatyzmu i terroryzm jest dla mnie aberracją umysłową. Myślę jednak, że sami muzułmanie są pierwszymi ofiarami ekstremizmu islamskiego wywołanego przez ślepą nienawiść. Nie wierzę w upadek zachodniej cywilizacji w wyniku huntingtonowskiego "zderzenia cywilizacji", które staje się coraz bardziej nieuchronne, ale jestem przekonana, że prawdziwe Zło tkwi w środku każdego społeczeństwa, każdego narodu i wybuchając od środka prowadzi cywilizacje oraz ludzkość do degeneracji.

Dlatego, tak jak powiedział Kapuściński - dylematem, jaki Terzani i Fallaci pozostawili nam na XXI wiek jest to, czy mamy rozdzielić się, czy szukać porozumienia? Musimy poprzez nasze własne doświadczenie, naszą praktykę poznawania świata, szukać właściwego rozwiązania.

Myślę, że XXI wiek będzie wiekiem islamskim, nie dlatego, że radykalni muzułmanie zasiedlą Europę, ale dlatego, że obserwuję jak na pustyni, kilka kilometrów od Abu Zabi, wyrasta Masdar City i jak Stary Kontynent pod względem gospodarczym oraz cywilizacyjnym staje się coraz bardziej Trzecim Światem.
   
Myśląc o braterstwie - myślę przede wszystkim o drugim człowieku.

*

Refleksje spod palmy

Wybaczcie ten mój ekscentryzm, który skłonił mnie do napisania podwójnego listu i połączenia w nim dwóch spraw i tak wielu wątków, ale gdy - siedząc pod palmą na Półwyspie Synaj - tuż przed świętami, otrzymałam od Was do przeczytania "Zapiski spod Puszczy" i "Listy z naszego sadu", naszła mnie refleksja, że to wszystko łączy się w jakąś całość.

S
ynaj jest wietrzny i silne podmuchy przeczesują korony palm. Wsłuchując się w szelest palmowych liści odnosi się jednak wrażenie, że przypomina on szum jabłoni w sadzie, czy olszyny w lesie, gdy wiatr targa gałęziami drzew. Tu ten powiew niesie ze sobą zapach morza i pustyni.
   
Tu w pewnym sensie zaczęło się wszystko. To na górze Horeb - według Starego Testamentu - Jahwe przekazał Mojżeszowi kamienne tablice z dziesięciorgiem przykazań i zawarł przymierze z Izraelitami. Później rozstąpiło się Morze Czerwone i Bóg wyprowadził naród wybrany z niewoli egipskiej, dając mu Ziemię Obiecaną. Dwa tysiące lat temu Stwórca zawarł z ludzkością nowe przymierze i zesłał na świat swojego syna Mesjasza i Zbawiciela, by odkupił jej grzechy przez swoją śmierć na krzyżu i ustanowił Królestwo Boże przez swoje zmartwychwstanie a apostołowie napisali Nowy Testament i zbudowali jego Kościół.

S
ześćset lat później Dżibril objawił Mahometowi Koran, który miał być ostatecznym i niezmiennym objawieniem Allaha dla ludzkości. Rozpoczęła się era muzułmańska. Od tego czasu były schizmy, wyprawy krzyżowe, Holokaust i zamach na WTC oraz wojna w Afganistanie, najdłuższa od czasów Wietnamu, która nadal się toczy. Wybaczcie ten mój skrót, ale historia to materia rozległa...

Kiedy tak siedzę sobie pod palmą na Półwyspie Synaj i czytam "Zapiski spod Puszczy" i "Listy z naszego sadu", myślę jednocześnie o dwóch rzeczach. O tym, co Primo Levi powiedział w swojej rozmowie z Ferdinando Camonem (Conversazioni con Primo Levi) - "Jest Auschwitz, a więc nie może istnieć Bóg. Nie znajduję innego rozwiązania tego dylematu. Szukam go i nie znajduję." I o groźnie brzmiących słowach Oriany Fallaci określającej się jako chrześcijańska ateistka: "Popełniamy samobójstwo moi drodzy. Zabija nas rak moralny, brak moralności i brak duchowości. Dlatego Europa staje się Eurabią, a Ameryka ryzykuje stać się nią. (...) Zachód jest chory. I co jest dla nas największym zagrożeniem? To, że pożywką dla tego raka są właśnie ci, którzy nazywają się postępowymi, progresywnymi, oświeconymi, liberałami, mężczyźni i kobiety lewicy."

"Żyjemy w szczególnie ważkich czasach. Niewyobrażalny horror dopiero się rozpoczął, ale jest jeszcze możliwym zatrzymać go, czyniąc z tej chwili wielką okazję do refleksji. To także moment ogromnej odpowiedzialności, gdyż niektóre rozgorączkowane słowa wypowiedziane przez rozwiązłe języki, służą tylko rozbudzaniu naszych najgorszych instynktów, szczuciu bestii nienawiści, która drzemie w każdym z nas i wywoływaniu ślepej zapiekłości pozwalającej dokonać każdego czynu, i pozwalającej, tak nam, jak i naszym wrogom, zabijać się i mordować." [1] - pisał Tiziano Terzani do Oriany Fallaci w swoim liście "Sułtan i święty Franciszek", opublikowanym później w książce "Listy przeciwko wojnie".

Z pozdrowieniami spod palm

Agniezka Zakrzewicz

Tekst został opublikowany w:







venerdì 31 gennaio 2014

ADAM MICHNIK - "Rozrachunek z historią"

"Ostatnia podroz. Kapuscinski w Rzymie" - fragmenty

Wislawa Szymborska w Rzymie

Wislawa Szymborska w Rzymie - SPOTKANIA

Włosi odkryli, że Szymborska nie jest święta!


Włosi odkryli, że Szymborska nie jest święta! Polska noblistka i jej wiersze są popularne w Italii, do tego stopnia, że Roberto Saviano cytował je w swoim programie telewizyjnym. Jednym się to podoba, innym to przeszkadza. Ale Włosi, jak to Włosi - cudze grzechy wytykają, a o swoich zapominają. My mieliśmy "komunistkę" Szymborską, a oni faszystę Marinettiego.

To już drugi artykuł w ciągu jednego miesiąca, który włoski tygodnik "Panorama" poświęca "grzechom" Wisławy Szymborskiej. W pierwszym "Wislawa Szymborska: cari radical, la vostra poetessa non è un santino" (Wisław
a Szymborska: drodzy radykałowie, wasza poetka nie jest świętym obrazkiem), znany dziennikarz Marco Filoni uświadamiał Włochów, że polska noblistka stworzyła kompromitujące ją wiersze o Stalinie i Leninie.


Autor stwierdził, iż to nic dziwnego, że rzuciła się ona w objęcia stalinizmu zaraz po wojnie, gdyż jej pierwszy tomik poezji został ocenzurowany. Tłumaczył też, że odcięła się później od komunizmu nawiązując kontakty z dysydentami. Cytując znanego i cenionego znawcę literatury polskiej Francesca Cataluccio, Filoni napisał, że polska laureatka Literackiej Nagrody Nobla, nie pozwoliła nigdy później by jej wiersze, powstałe przed 1956 rokiem, zostały opublikowane powtórnie. Rysa jednak pozostała.
Rezolucja w sprawie wyroku na księży

W drugim artykule w "Panoramie" Marco Filoni dokonał kolejnej wielkiej odsłony trupów w szafie polskiej poetki. W rozmowie z rzymskim księgarzem Massimiliano Timpano, który jako pierwszy doszukał się kompromitujących wierszy i materiałów o Szymborskiej, włoski dziennikarz ujawnił jej kolejny hańbiący krok, a mianowicie - podpisanie, wraz z innymi krakowskimi intelektualistami, "Rezolucji Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego", domagającej się przyspieszenia wykonania wyroków śmierci na krakowskich księżach, których komuniści kłamliwie oskarżyli o pracę dla obcego wywiadu. O tym fakcie pisał już wcześniej brytyjski tygodnik "The Economist".

Kiedy w lutym 1953 roku księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku grupa literatów krakowskich, wśród których była Szymborska, podpisała i przekazała władzom rezolucję mającą potwierdzić poparcie społeczne dla "procesu krakowskiego" wymierzonego w Kościół. Na szczęście do wykonania wyroku nie doszło. Plama na honorze jednak pozostaje, bo prawdziwa rola intelektualistów w społeczeństwie powinna polegać na tym, by stanąć po stronie niesłusznie oskarżonych broniąc ich przed reżimem.

Szymborską w Saviano

Dla rzymskiego księgarza Massimiliano Timpano największym odkryciem były nie tyle grzechy Szymborskiej, co fakt, że w Polsce się o nich od dawna dyskutuje całkiem otwarcie, a kompromitujące wiersze komunistyczne i "Rezolucję" można znaleźć bez większego wysiłku w internecie. Dla dziennikarza "Panoramy", największą hipokryzją włoską jest natomiast to, że we Włoszech o tym wszystkim się nie wspomina nawet słowem, choć polska poetka i jej twórczość są ostatnio bardzo modne w pewnych, lewicujących kręgach intelektualnych. Szymborska cieszy się tu taką popularnością, że znany pisarz Roberto Saviano cytował jej wiersz w swoim programie telewizyjnym "Quello che (non) ho" (To, czego nie mam).

No cóż, rzeczywiście mamy tu do czynienia z iście włoską hipokryzją, bo kto zna kulisy włoskiej sceny intelektualnej i polityki dobrze wie, że tygodnik "Panorama" (tak, jak wydawnictwo Mondadori) należy do rodziny Berlusconich, która prowadzi ostatnio wojnę z autorem "Gomorry" - notabene światowy bestseller wydany był przez rodzinne wydawnictwo byłego premiera. Przyczyną wojny z włoskim pisarzem, żyjącym od wielu lat pod ochroną policji, gdyż mafia wydała na niego wyrok śmierci, była wielokrotna krytyka Berlusconiego. Trudno się, więc oprzeć wrażeniu, że "Panorama" opublikowała artykuł o grzechach Szymborskiej tylko po to, aby uderzyć w Roberto Saviano.

Marinetti zakładał bojówki faszystowskie

Włosi lubią wytykać grzechy innych, a zapominają chętnie o swoich. W swoim narodowym panteonie mają również wielkiego poetę, który ma nie całkiem chlubną przeszłość. To Filippo Tommaso Marinetti, ojciec futuryzmu, ale także jeden z intelektualnych popleczników reżimu faszystowskiego. Słynny "Manifest futuryzmu" opublikowany w Paryżu w 1909 roku był szowinistyczną i maskulistyczną gloryfikacją wojny oraz pogardy dla kobiet, i głosił idée fix Marinettiego "Wojna, jedyna higiena świata".

Jak przypomina inny znawca literatury, tym razem włoskiej - Roberto Salvadori, w swoim eseju poświęconym futurystycznemu poecie, w książce "Sylwetki i portrety", która ukazała się w Polsce nakładem Fundacji Zeszytów Literackich - Marinetti umarł pisząc swój ostatni wiersz "Quarto d'ora di poesia della X Mas (Kwadrans poezji X Mas), zadedykowany członkom bojowego elitarnego korpusu pod dowództwem Junia Valeria Borghese, który po zawieszeniu broni we wrześniu 1943 roku wybrał walkę u boku Niemców we Włoskiej Republice Socjalnej, popierającej Mussoliniego i Hitlera.

23 marca 1919 roku, Marinetti wraz z Ducem i setką innych faszystowskich aktywistów zakładali bojówki, które powstały wcześniej niż Odddziały Szturmowe NSDAP i były narzędziem terroru we Włoszech. W 1942 roku, w wieku 65-lat, poeta wyjechał po raz trzeci walczyć na front do Rosji, jako major faszystowskich oddziałów szturmowych "czarnych koszul". Co prawda, już wtedy ze względu na wiek, mniej strzelał, a więcej pisał.

Poeci nie są z kryształu

Wisław
a Szymborska tworzyła peany na cześć Lenina i Stalina, i choć po 1956 roku odcięła się od komunizmu i nawiązała kontakty z paryską "Kulturą" - jak twierdzą jej krytycy - nigdy nie dokonała dostatecznie mocnego aktu skruchy, który pozwoliłby jej oczyścić się z błędów młodości. Znalazła się jednak wśród sygnatariuszy "Memoriału 59" przeciwko zmianom w Konstytucji PRL i wpisaniu do niej kierowniczej roli PZPR oraz wieczystego sojuszu z ZSRR (1975/76). Wystąpiła z Partii Komunistycznej w 1966 roku.

Filippo Tomaso Marinetti pozostał wierny faszyzmowi do końca życia, ale nie zawahał się potępić zarówno nazistowskiej wystawy "sztuki zdegenerowanej" - zorganizowanej w 1937 roku przez NSDAP w Monachium i prezentującej 650 dzieł twórców awangardowych skonfiskowanych w niemieckich muzeach, jak i włoskich ustaw rasowych wymierzonych w Żydów. Również Marinetti był antyklerykałem i chciał "odwatykanić
Włochy ", ale to Szymborska podpisała "Rezolucję w sprawie procesu krakowskiego" i trudno jej to wybaczyć.

My mieliśmy poetkę-komunistkę, Włosi poetę-faszystę. Ich życiorysy nie są kryształowe. Czy jednak z tego powodu mamy przestać czytać Marinettiego i Szymborską - gigantów poezji XX wieku? Czy mamy ich twórczość wyrzucić z programu lektur szkolnych, a ich nazwiska wykreślić z encyklopedii? Chyba nie. Najważniejsze jest przekazać przyszłym pokoleniom całą prawdę o ich życiorysach i nie robić z nich świętych ikon jakiejkolwiek frakcji politycznych lub tarcz, w które należy celować zatrutymi strzałami.

"Strzelanie" Szymborską

A wszystko to, bez konieczności "strzelania" Szymborską w Saviano, bo włoski pisarz też został skazany, jak polscy księża, tyle tylko, że przez mafię na życie w izolacji i pod eskortą.

"Tu leży staroświecka jak przecinek / autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek / raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup / nie należał do żadnej z literackich grup. / Ale też nic lepszego nie ma na mogile / oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy. / Przechodniu, wyjmij z teczki
mózg elektronowy / i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę."

Z Rzymu dla polonia.wp.pl
Agnieszka Zakrzewicz

Wislawa Szymborska w Rzymie - Urodziny

Roberto Saviano – więzień Gomorry


„Jestem tylko pisarzem i używam tylko słów. Oni, właśnie tego się boją – słów. Czy to nie jest wspaniałe? Wystarczą słowa aby ich rozbroić, przestraszyć, rzucić na kolana…“

Roberto Saviano

Portal Roberto Saviano
http://www.robertosaviano.it/




Nie ma zbyt wiele do odnotowania w biografii młodego, włoskiego dziennikarza i pisarza, którego wiele osób uważa za bohatera narodowego oraz za najważniejszy symbol walki przeciwko mafii…
Roberto Saviano urodził się w Neapolu, 22 września 1979 roku. Syn lekarza, ukończył filozofię na uniwersytecie neapolitańskim i rozpoczął współpracę jako free lance, pisząc swoje pierwsze artykuły o przestępczości zorganizowanej dla różnych włoskich gazet. W 2006 roku ukazała się jego pierwsza książka pt.: „Gomorra“ – podróż w głąb imperium ekonomicznego neapolitańskiej Camorry, która śni o tym, aby zdominować świat.


„Gomorra“ (powieść, która nie jest fikcją) opisuje fakty – wszystkie zaczerpnięte z życia codziennego i z kroniki kryminalnej. Morderstwa, które Saviano widział jako dziennikarz, rozprawy w jakich uczestniczył, akty sądowe jakie przeczytał, opowieści jakie usłyszał od młodocianych przestępców i dilerów narkotyków oraz od ludzi, którzy dla Camorry pracują w sektorze mody oraz przy ukrywaniu śmieci toksycznych... Fakty, za którymi kryje się jednak niesamowita umiejętność analizy krytycznej mechanizmów przestępczych i ekonomicznych neapolitańskich klanów, które zdominowały Włochy, i w epoce globalizacji rozpościerają swoje wpływy od Chin po Amerykę oraz po kraje Europy Wschodniej – także Polskę…

Książka jest oparta na faktach, ale dzięki swojemu wspaniałemu językowi staje się powieścią – bardzo niebezpieczną, gdyż obnaża prawdę społeczną i polityczną. Opowiada wydarzenia przestępcze i pokazuje dowody zbrodni, popełnionych nie tylko na terytorium zdominowanym przez klan Casalesich. Ujawnia kryminalną mentalność całej Italii… Zmusza do myślenia… także do refleksji o kryminalnej naturze człowieka.
„Roberto Saviano nie tylko „odkrył potwora“, potrafił również – jak nikt – wytłumaczyć potworność. Myśląc o nim, myślę o innym pisarzu, którego bardzo kochałem i który był moim przyjacielem - Leonardo Sciascia. Tak jak Sciascia potrafił opowiedzieć Sycylię i historię jej mafii, tak Saviano jest pisarzem Neapolu, który opowiedział Camorrę.“ – napisał dziennikarz Enzo Biagi, komentując wywiad z Saviano jaki przeprowadził 22 kwietnia 2007 roku, po swoim powrocie do telewizji, po 5-letniej przerwie, i na kilka miesięcy przed śmiercią.


Cena sukcesu

Od momentu publikacji „Gomorry“, która natychmiast stała się bestsellerem (tylko we Włoszech, w pierwszych miesiącach zostało sprzedanych 700.000 egzemplarzy), Roberto Saviano otrzymuje pogróżki. Camorra chce go zabić, za to, że ujawnił jej sekrety, że opowiedział historię, która pozwoliła policji śledczej z Antymafii powiązać koniec z końcem, a z fenomenu lokalnego neapolitańskich klanów uczynił problem narodowy – tak, jak to stało się wcześniej z sycylijską Cosa Nostra, dzięki pracy śledczej sędziów Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino.

Od 13 października 2006 roku, młody – wtedy zaledwie 27-letni pisarz – żyje pod ochroną. Jak wygląda takie życie? Śpi w komisariatach, a czasami nawet w więzieniach. Jego rozmowy i spotkania są kontrolowane. Nie ma życia prywatnego – młodości, przyjaciół, miłości… Nie wychodzi do kina, nie spotyka się z kolegami, nie umawia na randki… Żyje jak więzień, bo jest więźniem swojej książki – „Gomorry“, choć tak na prawdę jest więźniem Camorry, która boi się jego słów, której zaszkodziły słowa…

„Myślę o urodzinach, które obchodziłem, od kiedy mam eskortę – w tym dniu jestem trochę bardziej nerwowy, smutny i przede wszystkim samotny. Myślę, że już nigdy nie będę mógł obchodzić urodzin w moim domu, że nigdy nie będę mógł postawić nogi na mojej Ziemi…“ – Saviano napisał 22 września 2008 roku, w dzień swoich urodzin, w długim artykule „List do mojej Ziemi“, opublikowanym przez dziennik La Repubblica, po ostatnich tragicznych wydarzeniach w Castelvolturno, gdzie zabito sześciu czarnoskórych emigrantów.

W ciągu ostatnich dwóch lat, książka „Gomorra“ stała się sukcesem światowym i została wydana w 43 krajach. Jest na pierwszych pozycjach bestsellerów literackich w Niemczech, Holandii, Belgii, Hiszpanii, Francji, Finlandii, Litwie. We Włoszech została sprzedana już w 1.800.000 egzemplarzach. W tym roku została zaadoptowana jako sztuka teatralna (zrealizowana także dla potrzeb teatru telewizji), a znany neapolitański reżyser Matteo Garrone, nakręcił film na jej podstawie, który we Włoszech wszedł na ekrany w maju 2008 roku oraz otrzymał nominację do Oscara jako najlepszy film włoski. We włoskich kinach obejrzało go blisko 2.000.000 widzów…
„Wiele razy przeklinałem moją książkę, która zmieniła moje życie na gorsze. Myślę jednak, że w końcu miałem niezwykły przywilej – poprzez nią mogłem przeciwstawić się władzy, w jej wszystkich formach…“ – powiedział Saviano w rozmowie z Enzo Biagim.


Chcą go zabić…

Samotność jest najwyższą ceną jaką Saviano zapłacił do tej pory. Kiedy „Gomorra“ zaczęła odnosić sukces – sprzedawcy poprosili, aby młody pisarz nie kupował już niczego w ich sklepach. Później były głuche telefony i anonimowe listy z pogróżkami. W końcu nikt nie chciał wynająć mu mieszkania w Neapolu i prowincji… Kiedy minister lewicowego rządu – Giuliano Amato, przyznał pisarzowi eskortę – Camorra pozbawiła go już domu, rodzinnego miasta, rodzinnej ziemi…

W marcu 2008 roku, podczas procesu Spartacus (wielki proces neapolitańskiej Camorry) – adwokat bossów Antonia Iovine i Francesca Bidognettiego z klanu Casalesich – oskarżył o manipulację świadków koronnych, wymieniając w sali sądowej trzy nazwiska: Raffaele Cantone (młody prokurator, który od lat jest chroniony przez policję), Rosaria Capacchione (dziennikarka gazety „Il Mattino“ z Caserty, prowadząca kronikę sądową) oraz Roberto Saviano. To było jasne i otwarte ostrzeżenie, że Camorra uważa ich za swoich śmiertelnych wrogów.

14 października 2008 roku, jeden z ważnych świadków koronnych – Carmine Schiavone, kuzyn bossa Francesco Schiavone (pseudonim Sandokan), którego Roberto Saviano opisał w książce „Gomorra“ – ujawnił policji, że istnieje plan, mający na celu dokonanie zamachu w wielkim stylu na pisarza neapolitańskiego, który ma nastąpić do końca 2008 roku. Camorra chce wysadzić w powietrze Roberta Saviano – tak, jak Cosa Nostra zrobiła to z sędziami Falcone i Borsellino w 1992 roku. Były mafiozo z klanu Casalesich, odwołał później swoje deklaracje.

23 października 2008 roku, w Castelvolturno – w samym sercu feuda klanu Casalesich, na murach pojawiły się pogróżki śmierci pod adresem prezydenta Francesco Nuzzo, dziennikarki Rosarii Capacchione, pisarza Roberto Saviano oraz hasła „Viva la Camorra!“, „Viva Setola!“ (nieuchwytny boss), „Świadkowie koronni to zdrajcy!“
Trumna z nazwiskiem Roberta Saviano namalowana na murze – to więcej niż pogróżka. W języku mafijnym to wyrok śmierci…
Słowa są groźne jak karabin maszynowy – mogą śmiertelnie zranić. Na słowa Roberto Saviano – Camorra odpowiedziała słowami, które brzmią jak seria z kałasza…

Nie zostawiajmy go samego

Podczas konferencji prasowej, mającej miejsce kilka dni temu – Roberto Saviano oświadczył, że chce opuścić Włochy. „Uważam, że mam prawo do przerwy. Przez długi czas myślałem, że ulec pokusie wycofania się, nie jest dobrym pomysłem – nie jest przede wszystkim rzeczą inteligentną. Ale zrezygnować z siebie samego, poddać się woli osób, którymi gardzisz za to czym są, jak żyją, jak działają - być ich więźniem, być więźniem mojej książki, więźniem strachu i sukcesu – nie mogę. Mam w dupie sukces. Chcę żyć. Chcę mieć dom. Chcę zakochać się, pić piwo w barze, kupować książki w księgarni. Chcę spacerować, opalać się, moknąć na deszczu, spotykać się z moją matką bez strachu. Chciałbym mieć wokół siebie przyjaciół, aby rozmawiać z nimi o rzeczach zwyczajnych, nie musząc mówić ciągle i wyłącznie tylko o sobie – jakbym był człowiekiem chorym śmiertelnie. Kurwa! Mam dopiero 28 lat! I chcę jeszcze pisać, pisać, pisać – bo to jest moja prawdziwa pasja i moja siła. Ale żeby pisać – muszę zanurzyć ręce w rzeczywistość, wytrzeć ją o siebie, czuć jej zapach i pot, a nie żyć jak w kabinie hiperbarycznej, w komisariacie policji – raz tutaj, raz dwieście kilometrów dalej, przesuwany jak paczka, nie wiedząc nigdy, co mnie czeka. W stanie niepewności i niestabilności, który nie pozwala mi myśleć. Czasami łapię się na tym, że powtarzam w myślach tylko jedno zdanie: oddajcie mi moje życie!“

Wiadomość o tym, że Camorra chce zabić Roberta Saviano wywołała falę protestów i solidarności na całym świecie. Sześciu noblistów (Dario Fo, Michaił Gorbaczow, Gunter Grass, Rita Levi Montalcini, Orhan Pamuk i Desmond Tutu), podpisało apel do rządu włoskiego, aby zrobił wszytko by chronić pisarza oraz dołożył wszelkich starań, aby pokonać Camorrę, podkreślając, że problem przestępczości zorganizowanej nie dotyczy tylko Saviano, ale jest problemem wszystkich. Obywatele kraju demokratycznego nie mogą tolerować faktów opisanych w książce - i tego, że dzieją się one w Europie. Pisarz nie może być skazany za odwagę, z jaką przeciwstawił się mafii.

Apel został również podpisany przez innych noblistów, pisarzy, intelektualistów: Jonathan Franzen, Javier Marías, Jonathan Safran Foer, Jonathan Lethem, Martin Amis, Chuck Palahniuk, Nathan Englander, Ian McEwan, Hans Magnus Enzensberger, José Saramago, Elfriede Jelinek, Wisława Szymborska, Betty Williams, Lech Wałesa, Paul Auster, Siri Hustvedt, Peter Schneider, Colum McCann, Patrick McGrath, Cathleen Shine, Junot Diaz, Tahar Ben Jelloun, Taslima Nasreen, Caro Llewelyn, Ingrid Betancourt, Adam Michnik, Claudio Magris.
Media zagraniczne (El País, Le Nouvel Observateur, Courrier International, Al Arabija, Cnn), nagłośniły apel, a wiele osób prywatnych z całego świata, wyraziło swoją solidarność z Roberto Saviano, wysyłając do niego mail. Włoskie radio Fahrenheit zorganizowało maraton głośnego czytania „Gomorry“, który przerodził się w zbiorową recytację tekstu, trwającą osiem godzin, w Domu Pamięci i Historii w Rzymie, na Zatybrzu. Wiele włoskich miast zaoferowało obywatelstwo honorowe dla pisarza.

„Nie zostawiajmy Saviano samego tak, jak Falcone i Borsellino. Tu nie są potrzebne apele noblistów i solidarność pisarzy. Potrzebna jest interwencja organów Państwa, ponieważ akurat w tym przypadku zna się nawet nazwiska i adresy, tych którzy grożą pisarzowi śmiercią. Chodzi o to, by wreszcie zainterweniować…“ – w obronie Roberta Saviano i przeciwko mafii, publicznie zabrał głos także Umberto Eco.
Niestety – tym, którzy znają dobrze Włochy - nasuwa się gorzka refleksja, również w obliczu deklaracji aktualnego ministra spraw wewnętrznych Roberta Maroniego, który w odpowiedzi na presje napływające z całego świata stwierdził: „Roberto Saviano nie jest jedynym symbolem walki z mafią, lecz jednym z wielu“.
Owszem – również sędziowie Falcone i Borselino są symbolami walki z mafią, o których nie można zapominać. Roberto Saviano jest jednak w tej chwili – jedynym, ŻYWYM symbolem… jakim Włochy mogą się poszczycić…

© AGNIESZKA ZAKRZEWICZ, 2008

Teczka pisarza – mezalians dla psa




Kogo na świecie może obchodzić „Teczka pisarza“? Czy dla milionów wiernych czytelników, jakich Ryszard Kapuściński ma we wszystkich krajach świata – ma jakieś znaczenie, że istnieje „teczka Kapuścińskiego“ i że on musiał – po to, aby wyjechać z Polski - współpracować z wywiadem MSW, w komunistycznym państwie, jeszcze przed upadkiem Muru Berlińskiego, kiedy świat był podzielony na dwa bloki? Nikogo! Fakt, że Kapuściński był „komunistycznym agentem“, na świecie może mu przynieść jedynie tylko więcej sławy, której już chyba nie potrzebuje...
Dlaczego zatem upubliczniać „teczkę Kapuścińskiego“, w sposób tak obrzydliwie niesmaczny? Dlaczego zatem niszczyć w sposób tak karłowaty autorytet największego polskiego reportera i pisarza tuż po jego śmierci? – jedyna usprawiedliwiająca odpowiedź, jaką znajduję to: „z narodowej głupoty“.



Teczka pisarz
 
Artykuł „Teczka pisarza“, opublikowany w tygodniku Newsweek 21/07, należy do rodzaju artykułów, które wracają jak bumerang, przynosząc szkodę autorom. Miał wybuchnąć jak bomba atomowa, okaże się jednym z największych niewypałów. Może przejdzie do historii polskiego dziennikarstwa jako nowy gatunek: „artykuł nikczemny“…
Jak przyznał Ernest Skalski (wieloletni kolega redakcyjny Kapuścińskiego), w rozmowie z Aleksandrem Kaczorowskim i Wojciechem Maziarskim, i co z resztą potwierdzili za nim publicyści "Newsweeka" – przepytujący go o zawartość IPN-owskiej teczki największego polskiego reportera i pisarza – Ryszard Kapuściński „najwyraźniej bardzo starał się nikomu nie zaszkodzić i chyba mu się to udało“. Jak musiał napisać "Newsweek" - „Z akt (Kapuścińskiego) wynika, że pisząc analizy i raporty dla wywiadu, nikomu nie zaszkodził, świństwa nie popełnił“.

Plotki o „teczce Kapuścińskiego“

O tym, że istnieje „teczka Kapuścińskiego“ i że artykuł na jej temat ma się ukazać lada dzień, ja jako dziennikarz – korespondent zagraniczny w Rzymie, dowiedziałam się już w grudniu 2006 r., bo takie głosy chodziły po salonach Warszawy. Myślę, że nie było dziennikarza w Polsce, który nie wiedziałby o tym, że istnieje „teczka Kapuścińskiego“ i wiele osób zdawało sobie sprawę z faktu, iż właśnie on został wybrany na jedną z pierwszych ofiar lustracji. O tym, że Kapuściński był „agentem“ plotkowało się nawet w kawiarniach. W lutym, było już jednak wiadomo, że w IPN, w „teczce Kapuścińskiego“ nic nie ma – nic, oprócz kilku sporządzonych przez niego analiz sytuacji politycznej w krajach, do których jeździł, parę charakterystyk osób, z którymi miał kontakt, pokwitowania na nieznaczne sumy. Na nikogo nie donosił, nikomu nie złamał kariery, nikt z jego powodu nie ucierpiał.
Myślę, że plotki o teczce, skróciły jednak życie Ryszarda Kapuścińskiego, bo był człowiekiem przyzwoitym, starej daty, który na dyby medialne nie zasłużył, więc się ich nie spodziewał.

Karły pożegnały Cesarza

Pierwsza próba wyciągnięcia „teczki Kapuścińskiego“ odbyła się natychmiast po śmierci największego polskiego reportera. Zwłoki Cesarza były ciepłe, a już armia karłów rzuciła się do tego, aby obedrzeć go z szat (analizuje to najlepiej tekst Grzegorza Kopacza „Sam się nie obroni“ , który ukazał się w odpowiedzi na felieton Mariusza Cieślika pt. "Trafiony teczką". "Newsweek Polska" (nr 11/2007).
Choć w zasadzie przez ostatnie pół roku, wiele osób wiedziało o „teczce Kapuścińskiego“ i wiele gazet informację na ten temat mogło potraktować jako światowy scoop – nikt z szanujących się dziennikarzy nie ośmielił się popełnić „artykułu nikczemnego“, jaki popełnił polski "Newsweek" .
Jedną z rzeczy, która mnie rozśmieszyła w tym „artykule nikczemnym“ jest stwierdzenie wytłuszczone w nagłówku „Gdyby nie zgodził się na współpracę, nie byłoby Ryszarda Kapuścińskiego - to najważniejsza myśl wypowiedziana przez Ernesta Skalskiego w rozmowie z Aleksandrem Kaczorowskim i Wojciechem Maziarskim“. Czy można wyobrazić sobie większy absurd? Większą karłowaciznę dziennikarską i ludzką?
Sławy, jaką cieszy się Ryszard Kapuściński na całym świecie, wśród swoich czytelników, nie da się w żaden sposób podważyć. Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył, bo jest karłowatego wzrostu – Ryszard Kapuściński stał się mitem, który przynosi honor Polsce. Jest to drugi, najbardziej znany Polak, oczywiście po papieżu Janie Pawle II. Jego popularność za granicą jest ogromna, bo Kapuściński po prostu miał talent i był wielkim człowiekiem. Ryszard Kapuściński byłby Ryszardem Kapuścińskim, nawet gdyby nie zgodził się na współpracę, bo do bycia reporterem i korespondentem zagranicznym nie wystarczy pisać tylko artykuły, siedząc za biurkiem w redakcji. Ryszard Kapuściński jest i będzie największym reporterem polskim, z teczą, czy bez teczki… Wszystkie karły dziennikarstwa polskiego dobrze o tym wiedzą.
O tym, że Kapuściński był agentem – jak to w dzień jego pogrzebu ogłosił Janusz Korwin-Mikke, wiedzieli nie tylko polscy dziennikarze – wiedzieli dobrze także włoscy dziennikarze i wszyscy inni. Na nikim jednak nie robiło to żadnego wrażenia.
Dziś włoski dziennik telewizyjny RAI1 zadedykował Kapuścińskiemu obszerny materiał, przytaczając fragment wywiadu, w którym włoscy dziennikarze pytali go czy nie miał „szkieletów w szafie“?. Wymowa materiału pokazanego we włoskiej telewizji publicznej była jednoznaczna: „Popatrzcie, co ci biedni Polacy robią w amoku politycznym z jedynym autorytetem, jaki im jeszcze pozostał…“
Oto bumerang, który wraca gdy się popełnia artykuły tak nikczemne. Aleksander Kaczorowski i Wojciech Maziarski przekroczyli dziennikarską granicę etyczną, która stała się niesmaczna i wyszła poza wszelkie granice. Tak to już odbiera się we Włoszech i nie tylko tutaj. Chwała im za to!

Podpisuję się pod Michnikiem

W dzień pogrzebu Ryszarda Kapuścińskiego – 31 stycznia 2007 r., równolegle z pożegnaniem w Gazecie Wyborczej w Warszawie, w Instytucie Polskim w Rzymie odbyło się pożegnanie wielkiego polskiego reportera, w którym uczestniczyli Polacy i Włosi. Uczestniczył w nim także Adam Michnik, który powiedział: “Jak to zwykle bywa w kulturze polskiej – Ryśka żegnamy bardzo różnie. W dzienniku Rzeczpospolita ukazało się osobliwe pożegnanie pióra publicysty, który się nazywa Masłoń. Zapamiętajcie to nazwisko, bo jak to mówił Gałczyński ono nie powinno zostać zapomniane. Jest to w swoim łajdactwie i w swojej podłości tekst wybitnie wyjątkowy. Rad jestem, że mogę to powiedzieć tu, bo nie wypadałoby mi tego powiedzieć w Warszawie, przy żonie Ryśka. Powiem tylko jaki jest mój komentarz do tego tekstu. Odpowiem słowami polskiego poety Juliana Tuwima – Wiersz brzmi tak: Próżnoś repliki się spodziewał nie dam ci prztyczka, ani klapsa. Nie powiem nawet pies cię jebał, bo byłby to mezalians dla psa.“
Ja podpisuję się pod Michnikiem i Tuwimem (już teraz mogę zrobić to publicznie) - bo myślę, że to, co karły dziennikarstwa polskiego zrobiły Ryszardowi Kapuścińskiemu zasługuje jedynie na poetycką replikę.

AGNIESZKA ZAKRZEWICZ

Rzym, 22 maja 2007 roku

Ostatnia podróż Ryszarda Kapuścińskiego film AGNIESZKI ZAKRZEWICZ


 

http://kapuscinski.info/film-reportaz 

 

Film reportaż


Ostatnia podróż Ryszarda Kapuścińskiego
film AGNIESZKI ZAKRZEWICZ

Dziękujemy Pani Agnieszce Zakrzewicz za zgodę na publikację materialów w naszym serwisu. W imieniu autorki zapraszamy Państwa do odwiedzenia serwisu
www.bezgranic.net.pl
BEZ GRANIC to portal dla ludzi otwartch i ciekawych świata.
Jego pomysłodawcą i autorem jest AGNIESZKA ZAKRZEWICZ.
Strony, które odwiedzicie REPORTAŻE, PODRÓŻE, SPOTKANIA, ART zawierają jej artykuły, wywiady, eseje, jakie ukazały się w mediach polskich
i międzynarodowych.
Galeria POCZTÓWKI ZE ŚWIATA prezentuje zmieniające się wystawy fotograficzne oraz zdjęcia fotoreporerów polskich i zagranicznych.
Na stronie LINKS znajdują się adresy internetowe prestiżowych organizacji, placówek, instytucji, fundacji oraz osób prywatnych.
To prawdziwe „okno na świat” – pierwsze i jedyne w polskiej sieci.
DZIENNIK PODRÓŻNIKA to rubryka, która gości najciekawsze opowieści osób, dla których świat nie ma granic.